O autorze
Justyna Sabalska- od czerwca jest mamą. Miała nią zostać później, lecz los zdecydował inaczej. W 30 tygodniu ciąży nastąpiło rozwiązanie. Dziecko urodziło się mając 1550 g. To były ciężkie chwile. Na szczęście są już za nimi. Synek rozwija się dobrze i jest bardzo radosnym malcem. Założyła bloga http://wczesniakicodalej.pl by pokazać innym rodzicom, których los również ciężko doświadczył, że mimo początkowych trudności wszystko może być dobrze.

Nasza historia

Te dni będę chyba pamiętać do końca życia. Chociaż nie jestem do końca pewna czy chcę to pamiętać. Kiedy wracam myślami do tamtych chwil nie umiem przestać myśleć co by było gdyby... To chyba jakieś przekleństwo, bo wciąż mam łzy w oczach.

To był ostatni tydzień czerwca. Choć pogoda nie była plażowa postanowiliśmy odwiedzić rodziców. Pojechaliśmy, mimo że od kilku dni czułam się dziwnie. A raczej coś mnie niepokoiło. Nie zgłosiłam się do lekarza, bo co miałam mu powiedzieć? Ogólnie czuję się dobrze, tylko jestem jakaś niespokojna? Tak więc pojechaliśmy. Bawiliśmy się świetnie jednak w sobotę coś się zmieniło. Krzyś zaczął się poruszać inaczej niż zwykle.



Czułam ruchy, chociaż rzadziej i inaczej. Jednak nie wiedziałam, że mogłam się z tym zgłosić do lekarza. I przyszła niedziela. Tego dnia nie czułam już ruchów. Bałam się nie na żarty, chociaż tak naprawdę nie przyjmowałam do wiadomości, że może stać się coś złego.

Dlatego nie dzieląc się z rodzicami swoimi niepokojami, w drodze do domu postanowiliśmy zgłosić się na izbę przyjęć. Szczerze wierzyłam, że usłyszę, że histeryzuję, nic złego się nie dzieje i wrócę do domu. Stało się jednak inaczej. Lekarze postanowili zostawić mnie na obserwacji na tydzień, bo zapisy tętna płodu na KTG były niepokojące. Dostałam pierwszą dawkę sterydów, tak na wszelki wypadek.

Na początku miałam mieć KTG co 4 godziny, jednak pani doktor spojrzała na wyniki i przestraszona zadzwoniła do przełożonej. Wspólnie podjęły decyzję o prowadzeniu ciągłego zapisu przez całą noc. Każda taka nowinka powodowała, że coraz bardziej się bałam. Nie potrafiłam sobie tego poukładać w głowie. Dlaczego wszyscy robią wokół mnie takie zamieszanie? Dlaczego jestem dla nich trudnym przypadkiem? Co będzie dalej? Jedyne co mnie pocieszało to fakt, że serce Krzysia biło... Wsłuchiwałam się w odgłosy z KTG i słuchałam jak jego serce bije. Chyba bałam się, że jak przestanę słuchać to ono przestanie bić.

W nocy przybiegła do mnie pielęgniarka lub położna (nie wiem dokładnie) i zaczęła rzucać moim brzuchem. To było straszne. Wiedziałam, że robi tak bo coś złego się dzieje. A ja mogłam tylko leżeć i myśleć, bo o spaniu nie chciałam słyszeć. Później zabrali mnie jeszcze raz na usg, żeby posłuchać przepływów, z którymi też było coś nie tak. Kiedy wróciłam do sali wyłączyli mi dźwięk w KTG, żebym mogła zasnąć. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że potrzebuję zbierać siły na to co będzie dalej.

Zasnęłam... wydawało mi się, że spałam tylko chwilę. Był już ranek. Przyszła położna dała mi kolejną porcję sterydów. Coś do mnie mówiła, ale nie zakodowałam co i wyszła. Mąż był już w pracy. Ustaliliśmy, że skoro coś się dzieje z Krzysiem, to może warto, żeby wziął urlop i trochę zaczął przygotowywać nasze mieszkanie na pojawienie się naszego maleństwa. Bo oczywiście, jak chyba większość rodziców wcześniaków, byliśmy w proszku.

Kiedy on rozmawiał z przełożonym do mnie wróciła położna i zapytała czy jestem przygotowana do operacji. Jeszcze nie rozumiałam co się dzieje... myślałam co oni chcą mi teraz operować. Zupełnie nie chciałam myśleć, że Krzyś ma się narodzić tak wcześnie. A jednak... przyszła pani doktor i wyjaśniła mi, że muszą go ratować, bo ewidentnie coś się złego dzieje w moim brzuchu. I wtedy zaczęłam płakać. I tak płakałam, aż do wjazdu na salę operacyjną.

Pielęgniarka, która mnie odprowadzała opowiadała mi historie o wcześniakach, które rosną zdrowo i szczęśliwie. Ja jej jednak nie słuchałam. Myślałam tylko o tym co się stało, co się dzieje. Próbowałam to jakoś sobie poukładać. Bez powodzenia.

W sali operacyjnej było strasznie tłoczno. Część personelu rozmawiała między sobą, niektórzy podchodzili do mnie. Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie poród. Miało być intymnie. Miałam być ja, mąż i położna. Miałam przeżyć cud narodzin a potem móc trzymać swoje maleństwo w ramionach. Stało się inaczej. Kiedy neonatolog zbierała wywiad pytałam czy będę go mogła potrzymać, czy będę mogła karmić piersią. Dała mi nadzieję mówiąc, że prawdopodobnie jest duży co daje dużą szansę. I miała rację był duży, jednak nie był wystarczająco silny.

Najdziwniejsze było znieczulenie miejscowe. Myślałam, że nic nie będę czuć. Jednak tylko nie czułam bólu. Ale czułam, że ktoś mi grzebie w brzuchu. A do tego cała drżałam. Miałam takie drgawki, że zdziwiło mnie, że lekarze byli w stanie mnie operować. Ale podobno to zupełnie normalne.

Cała operacja trwała około pół godziny. Kiedy tylko mnie rozcięli lekarz od razu powiedziała, że to było odklejone łożysko. Potem wszystko się działo jakby w czyimś innym życiu nie w moim. Ktoś powiedział: "Proszę państwa mamy 9:02. Syn". Nie do końca wiedziałam co to oznacza. Czy Krzyś się już urodził? Czemu nie płacze? Dlaczego nie niosą go do mnie? Czemu nikt nic nie mówi? Wszyscy kręcili się tylko wokół Krzysia. Mój natłok myśli przerwała pani chirurg mówiąc: "Ale mi się ładnie zszyło".

Potem przewieźli mnie do sali pooperacyjnej, a Krzyś pojechał na OIOM. Musieli go tam zabrać. Dostał tylko 2 pkt. I chociaż w kolejnych minutach dochodziły kolejne w 6 minucie był intubowany. O tym się dowiedziałam się dużo później.

Na sali pooperacyjnej spędziłam 4 godziny. Na szczęście mogłam dzwonić, więc dzwoniłam do wszystkich, żeby jakoś przetrwać. I chociaż wszystkim opowiadałam co się stało, to zupełnie nie mogłam uwierzyć, że to się wszystko dzieje naprawdę.

Ale stało się. Tak właśnie przedwcześnie, w 30 tygodniu, w zamartwicy wewnątrzmacicznej urodził się Krzyś. Rozpoczął swoje życie z trudnym startem.
Trwa ładowanie komentarzy...